Cyfra w kalendarzu nic nie waży. „15 czerwca" brzmi tak samo jak „15 listopada" — ale to są dwa różne światy: jeden pachnie kwitnącą lipą, drugi mokrymi liśćmi pod butami.
Naczynia pokazują rok inaczej: jako rzecz, która ma ciężar. Dwanaście szklanek na półce. Jedne pełne, jedne puste, jedna nalewana właśnie teraz — kropla po kropli, dzień po dniu.
Bazie w marcu, kwitnące jabłonie w maju, łubin w czerwcu, rumianek w lipcu, jarzębina w sierpniu, wrzos we wrześniu, klonowe liście w październiku, tarnina w listopadzie, gałązka świerku w grudniu.
To nie ozdoby. To zegary — natura odmierza rok dokładniej niż jakikolwiek kalendarz, a pierwsza bazia wie więcej o przedwiośniu niż wpis w terminarzu.
Deszcz, który pada teraz, kiedyś był morzem. Potem chmurą. Potem rzeką. Potem w czyimś kubku herbaty. I znowu morzem.
Rok też taki jest — nie linia, tylko obieg. Naczynia napełnią się, opróżnią o północy 31 grudnia i napełnią znowu. Innej wody, ale tej samej.
Nie liczy się, ile dni zostało. Liczy się, czy słychać, jak płynie woda.notatka znad rzeki